W ciągu kilku pierwszych powojennych dekad Niemcom udały się dwie rzeczy. Jedna to odbudowa kraju z wojennych zniszczeń i zrobienie z nadreńskiej gospodarki obiektu westchnień pozostałych krajów Europy. Ale trochę w cieniu tamtego „cudu gospodarczego” pozostawało jeszcze drugie – wcale nie mniej ważne – osiągnięcie. To budowa sprawnego systemu radzenia sobie z winą za wywołanie dwóch wojen światowych oraz planową eksterminację narodów. Jak to zrobili?
Po pierwsze, wina za nazizm została zdjęta z Niemców i przyporządkowana znacznie węższej grupie „hitlerowców”. Ci naziści (tak też ich nazywano) zostali uznani za okupanta, który zniewolił czasowo niemiecki naród i zmusił państwo niemieckie do podpalenia świata.
W drugim kroku ów gen hitlerowskiego zła został oficjalnie sparowany z ideologią prawicowo-konserwatywną. To tam (i tylko tam) szukać wolno do dziś odradzającego się autorytaryzmu. Pozostałe nurty polityczne Republiki Federalnej (od komunistów i socjaldemokratów po liberałów oraz chadecję) otrzymały zaś oficjalny status antyfaszystowskich. Z biegiem lat do grona oficjalnych antyfaszystów dopuszczone zostało jeszcze tzw. pokolenie 1968 roku. Po tej stronie żadne złe niemieckie tendencje pojawić się – z definicji – nie mogą. Bo zło jest przecież gdzie indziej.
W trzecim (już całkiem współczesnym) etapie Niemcy przekonani, że temat rozliczeń mają już za sobą, chętnie zaczęli ustawiać samych siebie w roli sumienia innych. Zaczęło się tropienie zbrodni wojennych po stronie aliantów – rozliczanie nalotów Drezna i Hamburga albo cierpień, których zaznali pod koniec wojny tzw. wypędzeni. Pojawił się temat polskiego antysemityzmu czy kolaboracji innych mniejszych narodów z hitlerowską machiną zagłady. Stopniowo niemieckie moralizatorstwo przestało dotyczyć kwestii wyłącznie historycznych. Berlin z ochotą zaczął ustawiać się w roli strażnika praworządności w krajach nowej Unii, głównego krytyka „amerykańskiego imperializmu” czy zbrodni Żydów wobec narodu palestyńskiego.
Mechanizm odrzucenia niemieckiej winy
Ten schemat pełen jest oczywiście luk, niedomówień, sprzeczności, a często po prostu zwyczajnych kłamstw. Takich, jak choćby kwestia niemieckiego imperializmu, który zaczął się na długo przed Hitlerem i na Hitlerze się nie skończył, bo kontynuowany jest także dziś w formie faktycznego przejęcia kluczowych unijnych instytucji. Jest też problem niebezpiecznego niemieckiego mesjanizmu. Owego przekonania, że to oni wiedzą najlepiej i że ich niemieckim obowiązkiem jest wytłumaczenie reszcie Europy, co dla niej dobre. Z tą tylko różnicą, że kiedyś robili to pod starym niemieckim hasłem
„am deutschen Wesen soll die Welt genesen (sein)”
z wiersza Emanuela Geibela z roku 1861. Co znaczy dosłownie, że świat najlepiej „przeżywać…” po niemiecku. I to się przecież dokładnie dzieje dzisiaj dobre 160 lat później. A kto tego nie widzi, niech sobie przypomni, kto zaplanował i przepchnął przez unijne instytucje koncepcję „transformacji energetycznej” polegającej na zastąpieniu węgla i ropy odnawialną energią. Bez użycia atomu, za to z gazem z Rosji jako paliwem przejściowym?
Na dotykanie tych spraw Niemcy reagują oczywiście alergicznie. Cała konstrukcja odrzucenia wojennej winy nie może się przecież zawalić. Przekonanie to przekazywane jest z pokolenia na pokolenie. A kolejnym generacjom nie chodzi już nawet o to, że wyjdą na jaw sprawki i zbrodnie tego czy owego pana X z partii Y albo koncernu Z. Ten problem rozwiązała już biologia. Teraz gra toczy się o to, że naszkicowany powyżej mechanizm doskonale służy niemieckim elitom polityki, dyplomacji, biznesu czy mediów do tego, by zajmować bardzo wygodną pozycję w relacjach z resztą świata. Dzięki niej mogą mówić o tym, o czym chcą, i milczeć tam, gdzie preferują. A nadto realizować swój interes narodowy albo sektorowy tak, jak im wygodnie.
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Barbara Sadowska | Licencja: Tygodnik Solidarność | Rafał Woś
Źródło: Tygodnik Solidarność 40/2026, oprac. Ludwik Pęzioł
+ 48 32 757 23 35
Adres: Polska Grupa Górnicza
40-039 Katowice ul. Powstańców 28