Jeszcze niedawno wydawało się, że największym problemem Donalda Tuska przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi będzie zmęczenie części społeczeństwa jego rządami i rosnąca siła ugrupowań znajdujących się po prawej stronie sceny politycznej. Dzisiaj coraz bardziej prawdopodobny staje się jednak zupełnie inny scenariusz: prawica może mieć wystarczająco wielu wyborców, aby przejąć władzę, a mimo to przegrać wybory politycznie – przez własne podziały.
Bo prawica nie jest już jednym obozem.
Mamy Prawo i Sprawiedliwość Jarosława Kaczyńskiego, Konfederację, Konfederację Korony Polskiej Grzegorza Brauna, a teraz również coraz wyraźniej wyodrębnione środowisko byłego premiera Mateusza Morawieckiego – Rozwój Plus.
Każde z tych środowisk chce zmiany rządu Donalda Tuska. Jednocześnie każde chce być silniejsze od swoich potencjalnych przyszłych partnerów.
I właśnie tutaj zaczyna się największy problem.
Morawiecki jeszcze bardziej komplikuje układ
Powstanie środowiska skupionego wokół Mateusza Morawieckiego zmieniło sytuację znacznie bardziej, niż mogło się początkowo wydawać.
Rozwój Plus nie jest już wyłącznie politycznym stowarzyszeniem czy zapleczem eksperckim byłego premiera. Pod koniec lipca powstał Klub Parlamentarny Rozwój Plus, skupiający 40 posłów, a Morawiecki zapowiedział powstanie własnej partii politycznej.
Tym samym prawica otrzymała kolejnego gracza, który nie zamierza być jedynie dodatkiem do większego ugrupowania.
I właśnie przypadek Morawieckiego najlepiej pokazuje skalę problemu.
Badanie CBOS przeprowadzone jeszcze w kwietniu wskazywało, że hipotetyczna partia byłego premiera mogłaby liczyć na około 6 proc. poparcia. Co jednak najważniejsze, aż 60 proc. potencjalnych wyborców takiej formacji stanowiliby wyborcy PiS, a kolejne 27 proc. – wyborcy Konfederacji.
Oznacza to, że pojawienie się kolejnej partii po prawej stronie nie musi automatycznie zwiększać całkowitej liczby wyborców prawicy. Może przede wszystkim przesuwać tych samych wyborców pomiędzy kolejnymi ugrupowaniami.
I to jest dla całego obozu sygnał alarmowy.
Każdy chce wygrać – przede wszystkim ze swoim sąsiadem
PiS chce odzyskać pozycję niekwestionowanego lidera prawicy.
Konfederacja chce udowodnić, że czasy dominacji PiS dobiegają końca i że to ona może być głównym rozgrywającym przyszłej większości.
Grzegorz Braun buduje własny, bardziej radykalny elektorat i nie wykazuje większego zainteresowania podporządkowaniem się którejkolwiek z pozostałych formacji.
Mateusz Morawiecki próbuje natomiast stworzyć ofertę dla wyborcy konserwatywnego, ale bardziej umiarkowanego, gospodarczego i nastawionego na rozwój państwa.
Każdy z tych projektów ma polityczne uzasadnienie.
Problem polega na tym, że wszyscy częściowo łowią w tym samym stawie.
Dlatego paradoksalnie największa walka przed wyborami może nie rozegrać się pomiędzy prawicą a Donaldem Tuskiem.
Może rozegrać się wewnątrz samej prawicy.
Donald Tusk może tylko patrzeć
Z punktu widzenia obecnego premiera trudno wyobrazić sobie bardziej komfortową sytuację.
Przeciwnicy zamiast koncentrować się na rozliczaniu rządu, przedstawianiu wspólnej alternatywy gospodarczej czy budowaniu programu przyszłego gabinetu, coraz więcej energii poświęcają sobie nawzajem.
PiS walczy o wyborców z Konfederacją.
Konfederacja musi uważać na Brauna.
Środowisko Morawieckiego może odbierać wyborców przede wszystkim PiS, ale częściowo również Konfederacji.
Każdy procent wyrwany konkurentowi można przedstawić jako własny sukces.
Tyle że może to być sukces pojedynczej partii i jednocześnie porażka całego obozu.
Jeżeli natomiast partie wspierające obecny rząd znajdą przed wyborami sposób na ograniczenie rozdrobnienia własnego elektoratu, sytuacja może zmienić się diametralnie.
Po jednej stronie stanie skonsolidowany blok, a po drugiej cztery ugrupowania przekonujące wyborców, że wprawdzie wszystkie chcą odsunąć Tuska od władzy, ale żadne nie ufa pozostałym.
Nie wystarczy dodać procentów
Największym błędem byłoby dziś spojrzenie na kilka sondaży, dodanie poparcia PiS, Konfederacji, środowiska Brauna oraz Morawieckiego i stwierdzenie:
„Mamy większość”.
Nie. Tak polityka nie działa.
Po pierwsze, obowiązuje metoda D’Hondta, która premiuje silniejsze listy.
Po drugie, część głosów może zostać zmarnowana, jeżeli któreś ugrupowanie znajdzie się poniżej progu wyborczego.
Po trzecie – i być może najważniejsze – większość arytmetyczna nie oznacza większości politycznej.
Wyobraźmy sobie dzień po wyborach.
Kto miałby zostać premierem?
Kandydat PiS? Mateusz Morawiecki? Polityk Konfederacji?
Kto otrzymałby Ministerstwo Finansów, Ministerstwo Spraw Zagranicznych, resort obrony czy energetyki?
Jak miałaby wyglądać polityka wobec Unii Europejskiej?
Co z Zielonym Ładem i ETS?
Co z energetyką i przyszłością polskiego górnictwa?
Co z podatkami, polityką społeczną, migracją czy pomocą dla Ukrainy?
W tych sprawach różnice pomiędzy poszczególnymi ugrupowaniami prawicy są realne.
Im brutalniejsza będzie więc wojna przed wyborami, tym trudniej będzie dzień po wyborach usiąść przy jednym stole.
Można wygrać sondaże i przegrać władzę
To scenariusz, którego prawica powinna obawiać się najbardziej.
Może się bowiem okazać, że większość wyborców zagłosuje na ugrupowania deklarujące chęć zmiany rządu, ale rozkład mandatów oraz brak zdolności koalicyjnej pozostawi Donalda Tuska u władzy.
Wtedy rozpocznie się tradycyjne poszukiwanie winnych.
PiS oskarży Konfederację.
Konfederacja PiS.
Zwolennicy Grzegorza Brauna powiedzą, że pozostałe partie zdradziły prawicowych wyborców.
Środowisko Mateusza Morawieckiego będzie przekonywać, że ostrzegało przed radykalizacją i politycznym zamykaniem się PiS.
Każdy znajdzie argument na własną obronę.
Tylko że będzie już po wyborach.
Czy prawica potrzebuje kolejnej porażki?
Być może właśnie tutaj znajduje się najbardziej gorzka odpowiedź.
Możliwe, że część prawicy musi ponieść jeszcze jedną poważną porażkę, aby zrozumieć, że żadna z obecnych formacji nie jest już zdolna samodzielnie zdobyć większości pozwalającej rządzić Polską.
Czasy jednego hegemona mogą się kończyć.
Jeżeli tak jest, przyszły rząd po prawej stronie będzie musiał być rządem koalicyjnym.
A koalicji nie buduje się dzień po wyborach.
Zdolność do niej trzeba tworzyć wcześniej – nawet wtedy, gdy partie startują oddzielnie.
Nie oznacza to wspólnej listy PiS, Konfederacji, Brauna i Morawieckiego. Przy tak różnych elektoratach oraz programach mogłoby to być zarówno politycznie nierealne, jak i wyborczo nieskuteczne.
Potrzebny jest jednak minimalny wspólny mianownik.
Gospodarka. Bezpieczeństwo. Energia. Rozwój. Polityka przemysłowa. Stosunek do unijnej polityki klimatycznej. Obrona polskich przedsiębiorstw i miejsc pracy.
A przede wszystkim odpowiedź na pytanie:
co zrobimy wspólnie dzień po wyborach?
Największym przeciwnikiem prawicy może okazać się prawica
Donald Tusk nie musi więc dokonać politycznego cudu.
Nie musi nawet odzyskać wszystkich wyborców, którzy odwrócili się od jego rządu.
Może wystarczyć, że jego przeciwnicy będą nadal walczyć przede wszystkim między sobą.
Bo jeżeli PiS będzie chciało pokonać Morawieckiego, Morawiecki PiS, Konfederacja oba te ugrupowania, a Braun całą pozostałą prawicę, może dojść do sytuacji absurdalnej:
wszyscy odniosą małe zwycięstwa, a wspólnie poniosą wielką porażkę.
I być może dopiero wtedy nastąpi otrzeźwienie.
Tyle że będzie ono bardzo kosztowne.
Prawica ma dziś przed sobą wybór: może rozpocząć poważną rozmowę o tym, jak połączyć różne środowiska wokół kilku podstawowych celów, zachowując ich polityczną odrębność, albo dalej prowadzić wojnę o to, kto jest „prawdziwszą prawicą”.
W tym drugim przypadku po kolejnych wyborach może się okazać, że najskuteczniejszym sztabowcem Donalda Tuska nie był żaden z jego doradców.
Była nim sama prawica.
Ku przestrodze
Marek Szczepanik
+ 48 32 757 23 35
Adres: Polska Grupa Górnicza
40-039 Katowice ul. Powstańców 28