Niemcy zdemontują swoją pierwszą morską farmę wiatrową. Miała działać do 2035 roku, jednak gdy obcięto państwowe subsydia, interes przestał być opłacalny. Polska ma budować wiatraki na Bałtyku o łącznej mocy kilkunastu GW. Będziemy do nich dopłacać przez 25 lat. W zamian otrzymamy drogą i niestabilną energię.
Alpha Ventus, pierwsza niemiecka farma wiatrowa została oddana do użytku w kwietniu 2010 roku. 12 turbin wiatrowych, wysokich na 155 metrów, stanęło na Morzu Północnym 45 km od wyspy Borkum. Wiatraki zostały uruchomione z opóźnieniem, a koszt ich budowy był znacznie większy niż pierwotnie zakładano. Mimo to Alpha Ventus stała się symbolem niemieckiej rewolucji energetycznej. Propagandowa machina wpierająca odnawialne źródła energii wmawiała wówczas Niemcom, że dzięki morskiej energetyce wiatrowej będą się cieszyć „zieloną” i przede wszystkim tanią energią, bo przecież wiatr wieje za darmo.
Tak tanio, że trzeba dopłacać
W rzeczywistości energia z Alpha Ventus od początku była dotowana z pieniędzy podatników. Właściciele farmy, czyli konsorcjum, którego udziałowcami są koncerny energetyczne EWE, RWE i Vattenfall otrzymali od niemieckiego rządu gwarancję, że będą sprzedawać energię w cenie 15,4 centów za kwh (154 euro za MWh). Warto dodać, że od samego początku była to cena o wiele wyższa, niż koszt produkcji energii w elektrowniach konwencjonalnych. Interes kręcił się znakomicie, aż do końcówki ubiegłego roku, gdy system dopłat wygasł. W konsekwencji właściciele farmy rozpoczęli przygotowania do demontażu turbin, choć według pierwotnych planów miały one funkcjonować jeszcze przez 10 lat. Obiecywanej taniej energii Alpha Ventus nie produkowała więc ani przez chwilę. Od pierwszego dnia niemieccy podatnicy do niej dopłacali, a gdy subsydia się skończyły, dobiega końca również żywot tej farmy wiatrowej.
Śladem zachodnich sąsiadów
Polska śladem zachodnich sąsiadów również chce rozwijać morską energetykę wiatrową. W tej kwestii dwie największe siły polityczne w naszym kraju mówią w zasadzie jednym głosem. Ustawa o promowaniu i wytwarzaniu energii elektrycznej w morskich farmach wiatrowych została przyjęta w czasach rządów Prawa i Sprawiedliwości, a wyznaczona przez poprzedni rząd strategia jest kontynuowana przez gabinet Donalda Tuska. Podobnie, jak miało to miejsce w Niemczech, również w Polsce politycy i medialni eksperci zapewniają, że energia z morskich wiatraków będzie tania i podobnie, jak w przypadku Niemiec, w tych opowieściach nie ma słowa prawdy.
W maksymalnym uproszczeniu polski system wsparcia dla morskich farm wiatrowych również opiera się na cenie gwarantowanej. Cena ta jest ustalana na takim poziomie, aby podmiot, który zbuduje wiatraki na Bałtyku, miał zapewniony zwrot inwestycji. W tzw. pierwszej fazie wsparcia offshore, która obowiązywała do końca marca 2021 roku, cena ta była wyznaczona decyzją Urzędu Regulacji Energetyki. Druga faza systemu wsparcia ma mieć charakter aukcyjny. Ponownie upraszczając, mechanizm polega na tym, że Minister Klimatu i Środowiska w rozporządzeniu wyznacza cenę maksymalną za produkowaną energię, a następnie firmy zainteresowane budową morskich farm biorą udział w aukcji. Podmiot, który zaoferuje najniższą cenę, uzyska koncesję na budowę turbin wiatrowych. Farmy wiatrowe na morzu będą sprzedawać energię na podstawie tzw. kontraktów różnicowych. Jeśli rynkowa cena energii będzie niższa od uzgodnionej ceny gwarantowanej, państwo dopłaci właścicielowi wiatraków różnicę.
512 zł/MWh
Zgodnie z zapowiedziami resortu klimatu pierwsza aukcja offshore ma zostać zorganizowana pod koniec 2025 roku. 15 stycznia weszło w życie rozporządzenie wyznaczające cenę maksymalną za energię produkowaną w morskich farmach wiatrowych wyłonionych w wyniku aukcji. Będzie to 512,32 zł za MWh. Oczywiście teoretycznie może zdarzyć się, że uczestnicy aukcji zgłoszą gotowość do produkcji energii w niższej cenie, ale doświadczenia innych krajów, w których funkcjonuje podobny system wsparcia, wskazuje, że taka sytuacja raczej na pewno nie będzie miała miejsca.
Kasa musi się zgadzać
Za „tanią” energię z morskich farm wiatrowych będziemy więc płacić ponad 512 zł za MWh, a tak naprawdę jeszcze więcej, bo kwota ta będzie co roku waloryzowana o wskaźnik inflacji. Co więcej, zgodnie z obowiązującymi przepisami, państwo ma obowiązek odebrać energię wyprodukowaną przez farmy wiatrowe na Bałtyku. Nawet jeśli gospodarka nie będzie jej potrzebować lub energia z innych źródeł będzie dwa razy tańsza, państwo energię odbierze, a podatnicy do niej dopłacą.
Konstrukcja polskiego systemu wsparcia farm wiatrowych offshore obnaża jeszcze jedno kłamstwo często powtarzane przez zwolenników tej metody produkcji energii. Głosi ono, że wraz z rozwojem technologii, energia z wiatru będzie z roku na rok systematycznie tanieć. W 2021 roku, w ramach tzw. pierwszej fazy systemu wsparcia OZE cenę gwarantowaną za energię z wiatraków na Bałtyku wyznaczono na poziomie 319, 60 zł/MWh. 4 lata później w drugiej fazie wsparcia ta cena wynosi już 512,30 zł/MWh. Energia z wiatru nie tylko nie tanieje, ale staje się coraz droższa.
System wsparcia dla wiatraków na Bałtyku został ustalony na 25 lat. Przez ćwierć wieku będziemy dopłacać właścicielom farm, nawet jeśli nie będziemy potrzebować produkowanej przez nich energii lub będzie ona znacznie droższa niż energia z innych źródeł. A co będzie za 25 lat? Pewnie to samo, co z niemiecką farmą Alpha Ventus. Wiatraki się zdemontuje i postawi nowe. Naturalnie z nowym systemem państwowych dopłat.
łk
źródło foto: freepik.com
+ 48 32 757 23 35
Adres: Polska Grupa Górnicza
40-039 Katowice ul. Powstańców 28